W debacie o transformacji środowiskowej najczęściej pytamy, jak ulepszyć to, co już istnieje. Jak produkować żywność przy mniejszej emisji? Jak łowić ryby w sposób bardziej zrównoważony? Jak lepiej gospodarować wodą? Jak ograniczać konflikty z dzikimi zwierzętami?
Znacznie rzadziej cofamy się o krok i pytamy, czy sam sposób, w jaki zorganizowaliśmy te systemy, jest najlepszą drogą do celu.
Bo czasami największa możliwość zmiany nie leży w poprawieniu kolejnego elementu, lecz w zakwestionowaniu założenia, na którym zbudowano całość.
Każdy rozwinięty system zaczyna po pewnym czasie wyglądać jak coś naturalnego i nieuniknionego.
Wokół niego powstają instytucje, infrastruktura, prawo, zawody, technologie, interesy gospodarcze i przyzwyczajenia. Uczymy się coraz sprawniej zarządzać jego skutkami, a coraz rzadziej zastanawiamy się, dlaczego został zbudowany właśnie w taki sposób.
Z czasem środek prowadzący do celu zaczyna być utożsamiany z samym celem.
Potrzebujemy określonych składników odżywczych, więc zakładamy, że potrzebujemy konkretnych produktów. Potrzebujemy żywności, więc bronimy istniejących modeli jej produkcji. Chcemy ograniczyć szkody powodowane przez dzikie zwierzęta, więc debata zaczyna się od ich liczebności. Potrzebujemy zabezpieczenia przed suszą, więc koncentrujemy się na tym, jak zgromadzić więcej wody.
Zmiana systemowa zaczyna się wtedy, gdy oddzielamy potrzebę od sposobu, w jaki przywykliśmy ją zaspokajać.
Od produktu do potrzeby
Ilustruje to przykład kwasów omega-3 EPA i DHA. W powszechnej świadomości ich źródłem są ryby. Na tym założeniu opiera się część zaleceń żywieniowych, przemysł suplementów, produkcja oleju rybiego, a także istotna część łańcucha paszowego w akwakulturze.
Tymczasem ryby nie są biologicznym początkiem tej historii. EPA i DHA powstają w środowisku wodnym przede wszystkim dzięki mikroorganizmom, w tym mikroalgom, a następnie przemieszczają się przez kolejne poziomy łańcucha pokarmowego.
Ta różnica może wydawać się techniczna, ale prowadzi do zupełnie innego sposobu myślenia.
Jeżeli za punkt wyjścia przyjmujemy ryby, pytamy przede wszystkim, jak zapewnić ich odpowiednią podaż, jak rozwijać akwakulturę, jak produkować olej rybi i jak robić to wszystko przy możliwie małej presji na środowisko.
Jeżeli punktem wyjścia staje się natomiast potrzeba dostarczenia ludziom EPA i DHA, pojawia się szerszy zestaw możliwości. Jedną z nich jest wykorzystanie alg bez konieczności prowadzenia tych składników przez cały łańcuch pośredników.
Nie oznacza to prostego zastąpienia jednego sektora drugim. Pokazuje jednak coś ważniejszego: czasami element systemu, który traktujemy jako niezbędny, jest tylko jednym z możliwych sposobów osiągnięcia celu.
Woda nie zaczyna się w zbiorniku
Podobnego przesunięcia perspektywy potrzebujemy w dyskusji o wodzie.
W warunkach coraz częstszych susz i nieregularnych opadów naturalnie rośnie zainteresowanie retencją, zbiornikami i infrastrukturą wodną. Jednak bezpieczeństwo wodne nie zależy wyłącznie od tego, ile wody uda się zgromadzić w wyznaczonych do tego miejscach.
Zależy także od tego, co dzieje się w całym krajobrazie.
Gleba o dobrej strukturze zatrzymuje wodę inaczej niż gleba zdegradowana. Mokradło funkcjonuje inaczej niż osuszony teren. Rzeka pozostawiona w kontakcie z doliną zalewową zachowuje się inaczej niż rzeka wyprostowana i zamknięta pomiędzy wałami. Krajobraz zadrzewiony, różnorodny i biologicznie aktywny reaguje na opady inaczej niż krajobraz maksymalnie uproszczony.
Dlatego pytanie o wodę nie powinno ograniczać się do tego, gdzie zbudować kolejne miejsce jej magazynowania. Równie ważne jest pytanie, dlaczego stworzyliśmy krajobraz, który tak szybko ją traci.
W jednym podejściu próbujemy coraz sprawniej uzupełniać brakujący zasób. W drugim sprawdzamy, czy sam system nie został zorganizowany w sposób, który ten zasób niepotrzebnie traci.
Kiedy „zarządzanie przyrodą” staje się oczywistością
Ten sam schemat widać bardzo wyraźnie w naszym stosunku do dzikiej przyrody.
W języku polityki, gospodarki leśnej czy łowiectwa przywykliśmy mówić o „zarządzaniu populacjami”. Zwierzęta pojawiają się w określonej liczbie, powodują szkody albo wchodzą w przestrzeń człowieka, a odpowiedzią staje się regulowanie ich liczebności.
Tymczasem liczba zwierząt w danym miejscu nie powstaje w próżni.
Wpływa na nią dostępność pożywienia, struktura krajobrazu, sposób prowadzenia rolnictwa i leśnictwa, fragmentacja siedlisk, presja człowieka, dostępność schronienia, a także nasze własne działania wobec poszczególnych gatunków.
Jeżeli więc dzikie zwierzęta zaczynają pojawiać się tam, gdzie ich nie chcemy, można oczywiście pytać, jak ograniczyć konflikty. Warto jednak również sprawdzić, jakie warunki sami stworzyliśmy i czy nie produkujemy części problemu, który następnie próbujemy rozwiązać.
Nie chodzi o założenie, że każda ingerencja człowieka jest z definicji niewłaściwa. Chodzi o odejście od myślenia, że ingerencja — zwłaszcza redukcja liczby zwierząt — powinna być rozwiązaniem domyślnym.
Przyroda jako infrastruktura — i coś więcej
U podstaw wielu współczesnych systemów znajduje się jeszcze jedno założenie: traktowanie przyrody przede wszystkim jako zbioru zasobów.
Las dostarcza drewna. Rzeka dostarcza wody. Gleba służy produkcji. Morze dostarcza ryb. Zwierzę może być źródłem żywności, trofeum, problemem gospodarczym albo jednostką populacji wymagającą kontroli.
Taka perspektywa przez długi czas stanowiła podstawę rozwoju gospodarczego. Dziś coraz wyraźniej widzimy jednak jej ograniczenia.
Przyroda nie jest magazynem, z którego można bez końca wyjmować kolejne elementy niezależnie od siebie. Jest systemem zależności.
Stan gleby wpływa na wodę. Woda na roślinność. Roślinność na lokalny klimat, owady, ptaki i ssaki. Rzeki zależą od sposobu użytkowania całych zlewni. Morza od tego, co dzieje się setki kilometrów w głąb lądu. Utrata jednego elementu może przez długi czas wydawać się nieistotna, dopóki kolejne straty nie zaczną osłabiać odporności całego systemu.
Z ekonomicznego punktu widzenia można powiedzieć, że zdrowe ekosystemy są podstawową infrastrukturą naszej gospodarki. Bez nich nie ma stabilnej produkcji żywności, bezpieczeństwa wodnego ani odporności na skutki zmiany klimatu.
Ale nawet to określenie nie wyczerpuje problemu.
Jeżeli przyrodę chronimy wyłącznie dlatego, że świadczy usługi człowiekowi, nadal pozostajemy w tej samej logice użyteczności. Wartość rzeki nie musi zależeć wyłącznie od tego, ile wody zatrzyma. Wartość lasu nie kończy się na drewnie, pochłanianiu dwutlenku węgla czy funkcji rekreacyjnej. Zwierzę nie nabiera znaczenia dopiero wtedy, gdy określimy jego rolę w ekosystemie.
Możemy uznać, że świat pozaludzki ma również wartość niezależną od tego, jak bezpośrednio służy człowiekowi.
To nie jest wyłącznie filozoficzne rozróżnienie. Ma bardzo praktyczne konsekwencje. Od niego zależy bowiem, czy ochronę przyrody traktujemy głównie jako ograniczenie nakładane na gospodarkę, czy jako jeden z warunków dobrze urządzonego społeczeństwa.
Efektywność całego systemu
W transformacji środowiskowej wiele uwagi poświęca się efektywności. Samochody mają zużywać mniej energii, budynki mniej ciepła, przemysł mniej surowców, rolnictwo mniej wody.
To potrzebny kierunek, ale nie wyczerpuje możliwości zmiany.
Można stworzyć bardzo efektywny pojedynczy element nieefektywnego systemu.
Jeżeli produkt przechodzi przez wiele etapów, zanim zaspokoi prostą potrzebę, możemy poprawiać każdy z tych etapów osobno. Czasem jednak większy efekt przynosi skrócenie całej drogi.
Jeżeli próbujemy rozwiązać problem, który sami wcześniej generujemy inną polityką, możemy przez lata coraz sprawniej usuwać jego skutki. Możemy też zmienić mechanizm, który problem wytwarza.
Jeżeli chronimy zasób dopiero wtedy, gdy staje się rzadki, możemy inwestować coraz więcej w jego odzyskiwanie. Możemy również wcześniej zmniejszyć presję, która prowadzi do jego utraty.
Zmiana systemowa nie polega więc przede wszystkim na tym, by wszystko zastąpić czymś nowym. Polega na zobaczeniu całego układu: celu, drogi prowadzącej do celu, kosztów tej drogi oraz alternatyw, które wcześniej pozostawały poza polem widzenia.
Zmiana perspektywy jako punkt wyjścia
Największe transformacje nie zawsze zaczynają się od nowej technologii, ustawy czy wielkiego programu inwestycyjnego. Czasami ich początkiem jest zmiana sposobu definiowania problemu.
Kiedy pytamy wyłącznie o to, jak poprawić istniejący system, zakres możliwych odpowiedzi jest z góry ograniczony przez jego konstrukcję.
Kiedy zaczynamy od potrzeby, celu i rzeczywistych kosztów, pojawiają się rozwiązania, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę.
Właśnie w tym znaczeniu interesuje nas Zielony Reset.
Nie jako odrzucenie wszystkiego, co istnieje, ani jako poszukiwanie jednej wielkiej odpowiedzi na kryzys klimatyczny, degradację przyrody czy problemy systemu żywnościowego.
Chodzi o szukanie miejsc, w których przyzwyczajenie zastąpiło analizę. O dostrzeganie zależności pomiędzy problemami, które zwykle omawiamy osobno. O sprawdzanie, czy nie próbujemy coraz sprawniej naprawiać skutków, zamiast zmienić przyczynę.
I przede wszystkim o gotowość do zakwestionowania tego, co przez lata zaczęło wydawać się naturalne i nieuniknione.
Bo właśnie tam często znajduje się największa przestrzeń do zmiany.