By

Dzika Polska. Przyroda jako zasób czy wspólne dziedzictwo?

W dyskusjach o „marce Polski” najczęściej szukamy tego, czym możemy pochwalić się światu: sukcesów gospodarczych, technologii, kultury, sportu. Znacznie rzadziej myślimy o przyrodzie jako o czymś, co również może być częścią naszej wspólnej tożsamości i przewagi — nie dlatego, że można ją sprzedać, wykorzystać czy przeliczyć na zysk, ale dlatego, że udało nam się zachować coś, czego wiele krajów Europy Zachodniej w dużej mierze już nie ma.

Polska wciąż ma rozległe kompleksy leśne, doliny rzeczne, mokradła, duże ssaki, bogactwo ptaków i krajobrazy, w których obecność dzikiej przyrody nadal jest czymś realnym, a nie wyłącznie elementem rezerwatu, projektu renaturyzacyjnego czy turystycznej opowieści. To może być jeden z naszych największych atutów.

A jednocześnie sposób, w jaki traktujemy tę przyrodę, ukazuje sprzeczność. Z jednej strony chętnie przedstawiamy lasy, rzeki i dzikie zwierzęta jako część polskiego krajobrazu. Z drugiej — często patrzymy na nie przede wszystkim przez pryzmat użytkowania, kontroli i zarządzania.

Las ma produkować drewno. Rzeka ma odprowadzać wodę, służyć transportowi albo energetyce. Zwierzę ma być pożyteczne, łowne, chronione, szkodliwe albo przeznaczone do „regulacji”.

Właśnie dlatego aktualny spór o polowania jest czymś więcej niż sporem o jedną grupę zawodową czy jeden sposób spędzania czasu. Dotyka znacznie szerszego pytania: czy dzika przyroda jest czymś, czym człowiek ma przede wszystkim zarządzać, czy raczej wspólnym dziedzictwem, któremu powinniśmy pozostawić więcej przestrzeni i większą autonomię?

Co właściwie znaczy „dzika”?

Współczesna Europa jest krajobrazem głęboko przekształconym przez człowieka. Rolnictwo, miasta, drogi, melioracje, gospodarka leśna, przemysł i infrastruktura zmieniły niemal każdy jej fragment. Dlatego „dzika przyroda” rzadko oznacza dziś obszar całkowicie pozbawiony ludzkiego wpływu. Bardziej chodzi o przestrzeń, w której naturalne procesy nadal mają realną swobodę działania.

Rzeka może zmieniać koryto. Mokradło może być mokre. Las może zawierać stare drzewa i martwe drewno. Zwierzęta mogą się przemieszczać, rozmnażać i zajmować siedliska nie tylko wtedy, gdy jest to wygodne z punktu widzenia gospodarki człowieka. To niewielka różnica w definicji, ale bardzo duża różnica w myśleniu. Jeżeli przyjmujemy, że przyroda powinna przede wszystkim pełnić określone funkcje dla nas, każda jej nieprzewidywalność staje się problemem. Jeżeli natomiast uznajemy, że część krajobrazu powinna funkcjonować według własnej dynamiki, inaczej zaczynamy rozumieć zarówno ochronę przyrody, jak i granice ludzkiej kontroli.

Kiedy obecność zwierząt zaczyna być problemem

Najlepiej widać to w naszym stosunku do dzikich zwierząt. W debacie publicznej bardzo często używamy języka nadmiaru: dzików jest „za dużo”, jeleni jest „za dużo”, kormoranów jest „za dużo”, bobrów jest „za dużo”. Tyle że „za dużo” zawsze oznacza: za dużo z jakiegoś punktu widzenia. Za dużo dla upraw, za dużo dla gospodarki leśnej, za dużo dla infrastruktury, za dużo w mieście, za dużo w miejscu, w którym chcielibyśmy, żeby zwierzęta zachowywały się inaczej. Samo to stwierdzenie nie mówi jeszcze, jaki jest stan ekosystemu.

Nie oznacza to oczywiście, że konflikty między człowiekiem a dziką przyrodą nie istnieją. Istnieją i bywają realne. Dziki mogą niszczyć uprawy, bobry zalewać pola lub drogi, jelenie wpływać na odnowienia leśne. Kluczowe jest jednak to, jak definiujemy problem. Jeżeli problem brzmi: „jest za dużo zwierząt”, odpowiedź niemal automatycznie prowadzi do redukcji ich liczebności. Jeżeli pytanie brzmi: „dlaczego konflikt pojawia się właśnie tutaj i jakie czynniki go powodują?”, pole możliwych rozwiązań staje się znacznie szersze.

Może chodzić o zmianę siedliska, dostępność pożywienia, sposób prowadzenia rolnictwa, fragmentację krajobrazu, śmieci, dokarmianie, meliorację, utratę schronień albo presję człowieka w innych miejscach. Czasem potrzebna będzie interwencja. Nie musi jednak być pierwszą ani jedyną odpowiedzią.

Polowanie jako przykład szerszego sposobu myślenia

Debata o polowaniach nie dotyczy wyłącznie samego aktu zabijania zwierzęcia. Dotyczy również tego, jak rozumiemy miejsce człowieka w przyrodzie. Przez dziesięciolecia łowiectwo było przedstawiane jako naturalny element „gospodarki przyrodą”. Myśliwy miał być kimś, kto zna las, dba o równowagę i reguluje populacje tam, gdzie sama przyroda rzekomo sobie nie radzi. W takim modelu człowiek ustawia się niejako na zewnątrz systemu i przyjmuje rolę jego zarządcy.

Tymczasem to człowiek w ogromnym stopniu tworzy warunki, w których te populacje funkcjonują. Przekształcamy siedliska, zmieniamy strukturę krajobrazu, tworzymy rozległe obszary intensywnego rolnictwa, budujemy drogi, ograniczamy przestrzeń drapieżników, dostarczamy zwierzętom łatwo dostępnego pożywienia, zmieniamy warunki ich migracji i rozrodu. A później skutki tych zmian przedstawiamy jako dowód na to, że dziką przyrodę trzeba stale kontrolować.

Właśnie tutaj pojawia się pytanie systemowe: czy rzeczywiście mamy do czynienia z „nadmiarem natury”, czy raczej z krajobrazem, który sami zaprojektowaliśmy w sposób generujący konflikt? To nie jest pytanie retoryczne. W niektórych sytuacjach odpowiedzią będzie potrzeba interwencji. Ale zanim do niej przejdziemy, warto najpierw sprawdzić, czy nie leczymy skutku mechanizmu, który sami wcześniej uruchomiliśmy.

Przyroda jako infrastruktura — i coś więcej

W ostatnich latach coraz częściej próbujemy uzasadniać ochronę przyrody językiem ekonomii. Mówimy o usługach ekosystemowych, wartości zapylania, retencji wody, pochłanianiu dwutlenku węgla, ochronie przed powodzią i korzyściach dla zdrowia. To ważny język, ponieważ pokazuje, że degradacja przyrody ma bardzo realny koszt.

Ma on jednak swoje ograniczenia. Jeżeli bronimy lasu tylko dlatego, że pochłania CO2, łatwo pojawi się pytanie, czy tej funkcji nie da się zastąpić czymś innym. Jeżeli mokradło jest ważne tylko dlatego, że zatrzymuje wodę, jego wartość może zostać sprowadzona do rachunku kosztów i korzyści. Jeżeli zwierzę jest chronione wyłącznie dlatego, że pełni określoną funkcję w ekosystemie, jego wartość również staje się warunkowa.

Można przyjąć szerszą perspektywę. Rzeka może mieć wartość dlatego, że jest żywym systemem. Las może mieć wartość nie tylko jako magazyn węgla, źródło drewna czy miejsce rekreacji. Zwierzę może mieć wartość dlatego, że jest czującą, żyjącą istotą, niezależnie od tego, czy w danym momencie jest dla człowieka pożyteczne. To nie oznacza odrzucenia ekonomii, lecz odmowę sprowadzania wszystkiego do ekonomii.

Ta różnica ma praktyczne konsekwencje. Od niej zależy, czy ochronę przyrody będziemy traktować przede wszystkim jako koszt i ograniczenie nakładane na gospodarkę, czy jako element dobrze urządzonego społeczeństwa i warunek jego długoterminowej odporności.

Dziedzictwo, którego nie da się łatwo odtworzyć

Wiele krajów Europy Zachodniej wydaje dziś ogromne środki na renaturyzację rzek, odtwarzanie mokradeł, odbudowę populacji dzikich zwierząt i przywracanie elementów krajobrazu, które zostały wcześniej zniszczone. Polska nadal posiada część tego dziedzictwa. Nie w stanie idealnym, nie bez presji i nie bez konfliktów, ale wciąż je posiada.

I właśnie dlatego szczególnie ważne jest, żebyśmy nie traktowali go jako czegoś oczywistego. Przyrodę bardzo łatwo uznać za trwałą, dopóki jej nie zabraknie. Stary las można wyciąć w kilka tygodni, ale odtworzenie podobnego ekosystemu wymaga pokoleń. Mokradło można osuszyć jednym projektem melioracyjnym, natomiast przywrócenie jego funkcji może być trudne i kosztowne. Populację gatunku można doprowadzić do załamania stosunkowo szybko, a jej odbudowa może trwać dziesięciolecia.

Najtańszą formą renaturyzacji jest często po prostu niedopuszczenie do degradacji.

Dzika Polska jako część nowoczesnego patriotyzmu

W dyskusjach o „marce Polski” często szukamy czegoś, czym moglibyśmy wyróżnić się na zewnątrz: sukcesów gospodarczych, technologii, kultury, sportu. Być może jednym z takich wyróżników powinna być również przyroda — nie jako dekoracja dla turystów i nie jako kolejne „bogactwo naturalne” do wykorzystania, ale jako wspólne dziedzictwo, które potrafiliśmy zachować.

To wymagałoby jednak zmiany języka. Zamiast chwalić się wyłącznie tym, ile mamy lasów, należałoby pytać, jaka jest ich jakość i ile z nich rzeczywiście zachowuje naturalne procesy. Zamiast automatycznie przedstawiać obecność dużych dzikich zwierząt jako problem wymagający kontroli, można potraktować ją jako znak, że w naszym krajobrazie wciąż istnieje dla nich miejsce. Zamiast widzieć w rzekach przede wszystkim potencjał gospodarczy, można uznać dziką rzekę za wartość samą w sobie.

Taki patriotyzm nie opierałby się na przekonaniu, że jesteśmy lepsi od innych. Opierałby się na odpowiedzialności za coś, co przypadło nam w udziale i czego nie mamy prawa bezmyślnie stracić. W świecie, w którym coraz więcej państw próbuje dziś odtwarzać to, co wcześniej zniszczyły, zdolność do zachowania dzikiej przyrody może być nie oznaką zacofania, lecz dojrzałości.

Mniej kontroli, więcej miejsca

Być może jednym z najtrudniejszych pytań współczesnej ochrony przyrody jest pytanie o granice naszego zarządzania. Przyzwyczailiśmy się do myślenia, że dobrze funkcjonujący system to taki, w którym człowiek wszystko mierzy, planuje i reguluje. Tymczasem przyroda nie jest fabryką, a jej odporność często bierze się właśnie z różnorodności, zmienności i procesów, których nie da się do końca przewidzieć.

Dlatego nowoczesna polityka przyrodnicza nie powinna polegać wyłącznie na coraz bardziej szczegółowym sterowaniu naturą. W wielu miejscach powinna oznaczać również coś prostszego: pozostawienie jej większej przestrzeni. Mniej regulowania rzek, mniej osuszania, mniej fragmentowania siedlisk, mniej automatycznego traktowania obecności dzikich zwierząt jako problemu i więcej miejsca na procesy, które potrafią działać bez naszej pomocy znacznie dłużej, niż istnieje jakakolwiek współczesna instytucja.

Dzika Polska nie oznacza Polski bez ludzi. Oznacza kraj, w którym człowiek nie uznaje całej przestrzeni, wszystkich gatunków i wszystkich procesów za coś, czym powinien bezustannie zarządzać. Być może właśnie to powinno stać się jednym z kryteriów nowoczesności: nie tylko to, ile potrafimy wykorzystać, ale także ile potrafimy zachować i pozostawić w spokoju.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *